kapkejk

ostatnio często robię babeczki. zaczęło się od wesela pod przykrywką urodzin. dodaje do nich najprzeróżniejsze rzeczy: boczek, kiszone ogórki, kukułki, pinezki, pieprz w ziarnach, czekoladę i kamyki.

ciasto robię tak:

2 jajka

szklanka mleka

1/4 szklanki oleju

2 szklanki mąki

duża łyżka proszku do pieczenia

sól

suche składniki mieszam. osobno mieszam mokre składniki. potem mieszam wszystko razem i dodaje co mi przyjdzie do głowy.

piekę w specjalnej formie i papierowych papierkach jakieś 25 minut w 180 stopniach.

wychodzi szybko, łatwo i złośliwie (to w zależności od dodatków).

(przepis podstawowy internetowy osobiście zmodyfikowany)

Opublikowano dziś na obiad, kulinaria | 8 komentarzy

klęska urodzaju

karma. karma się wzięła i odwróciła, a że nazbierało się dużo niedobrego, to teraz jest dużo dobrego. za dużo. tak dużo, że znowu jest źle.

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarzy

nóżki

postanowiłam zrobić nóżki w galarecie. pracę rozpoczęłam od znalezienia przepisu. ku mojemu przerażeniu nóżki w galarecie robi się rzeczywiście z wieprzowych nóżek (racic?). w przepisie jest cała masa obrzydliwych czynności (“opalenie nogi w celu pozbycia się resztek owłosienia”), które mężnie wykonałam. nóżki umieściłam w garze, obłożyłam warzywami i przyprawami i w straszliwym smrodzie czekałam wiele godzin, aby przejść do następnego etapu. po odpowiednim, ściśle określonym w przepisie, czasie wyjęłam nóżki. w procesie obróbki owych nóżek okazało się niestety, że na nóżkach nie ma ani odrobiny mięsa i że nóżki nadal strasznie śmierdzą. niezrażona i uzbrojona w gumowe rękawiczki starannie posiekałam warzywa, fantazyjnie wypełniłam nimi salaterki, ułożyłam kwiatki z ósemek gotowanego jajka przyozdobione groszkiem konserwowym i wszystko zalałam śmierdzącą cieczą pozostałą z gotowania nóżek.

wyszło paskudne, niezjadliwe, niestężałe i w niczym (NICZYM) nie przypominało “nóżek w galarecie”.

po tej przygodzie chyba już nigdy nie spróbuję nóżek, blee!

poniżej przepis na nóżki, gdyby ktoś chciał sprawdzić samodzielnie:

2 nóżki wieprzowe + jedna golonka

pęczek włoszczyzny

pół główki czosnku

1 cebula

kilka liści laurowych

kilka ziaren pieprzu, ziela angielskiego i ewentualnie owoców jałowca

 

sól

1 lub 2 łyżki żelatyny (ja nie daję – 2 nóżki wieprzowe na 1 golonkę sprawiają, że powstaje idealna galareta)

Nóżki i golonkę trzeba dokładnie umyć i oczyścić. Zwłaszcza trzeba się pozbyć resztek szczeciny.

Do sporego garnka włożyć nóżki, dodać oczyszczoną włoszczyznę, cebulę, czosnek i przyprawy. Zalać całość wodą tak by lekko przykryła nóżki i włoszczyznę. Dodać sól do smaku. Doprowadzić do wrzenia i gotować aż zmiękną i zaczną się rozpadać – mięso musi odchodzić od kości. Zawczasu wyjąć 3 lub cztery marchewki – ostudzić i pokroić w plasterki.

Ugotowane nóżki wyjąć na talerz – przecedzić wywar do garnka i przetrzeć warzywa. Pokroić mięso z nóżek – nie tylko mięso ale i chrząstki itp. itd… Dodać mięso do przecedzonego wywaru. Dosypać żelatynę i doprowadzić do wrzenia i cały czas mieszając rozpuścić żelatynę.

Do miseczek włożyć po kilka plasterków marchewki i zalać mięsem w wywarze. Odstawić do przestygnięcia a następnie wstawić do lodówki by nóżki stężały.

Najlepsze są ze zwykłym biały octem spirytusowym ale z sokiem cytryny też są pyszne.”

za: http://niebowgebie.blox.pl/2009/03/Nozki-wieprzowe-w-galarecie.html

Opublikowano dziś na obiad, galanteria, kulinaria, strach | 12 komentarzy

rozmowa

wstaję rano. myję zęby, dokładniej i dłużej niż zazwyczaj, żeby ich kolor nie zdradził mojego lenistwa. na twarz nakładam maseczkę, żeby nie było widać niedospania. potem puder, żeby zamaskować wstyd. tusz do rzęs i róż, żeby namalować odrobinę zawstydzenia. paznokcie przycinam równo i krótko, żeby nie było widać, że są zniszczone i maluje na szaro (- to elegancko-ekstrawaganckie i wcale nie kurze – myślę). Potem zakładam skorupę – zawsze tę samą czarna spódnicę, marynarkę, buty na obcasie. przeglądam się w lustrze – wyglądam jak ktoś inny. dobrze. o to chodzi. przez chwilę ćwiczę przed lustrem uśmiech – profesjonalny i oszczędny, ale sympatyczny. biorę teczkę, torebkę i chwiejnym krokiem idę na spotkanie, powtarzając sobie w duchu: nie drap się, nie dłub w nosie, nie wspominaj o dziecku i mów pełnymi zdaniami.

Rozmowa wygląda zawsze podobnie i podobnie się kończy. wracam do domu i z ulgą na powrót staję się rozczochraną, zarumienioną, zawstydzoną, niewielką kurą domową. przebieram się w miękkie znoszone ubrania, zakładam rozchodzone kapcie w kształcie moich stóp i razem z makijażem zmywam z twarzy profesjonalny uśmiech i odrobinę zawstydzenia. uf.

Opublikowano gumiaki, macierzyństwo, miasto, strach | 5 komentarzy

jesień

przyjechał cyrk. jak co roku. przywieźli wozy, ciągniki, tresowane osły i gołębie. niewiele tu cyrkowej radości. już nie będzie występów sztuczek i gagów. jest jesień. a jesień zaczyna się, gdy cyrk osiada w naszej wsi.

Opublikowano gumiaki, jesień fetyszysty | 6 komentarzy

plotka

Sąsiadka: o! cześć!

to: cześć.

Sąsiadka: dawno tam, po waszej stronie*, nie byłam.

to: hm

Sąsiadka: nie to, że się z Sąsiadką #2 pokłóciłam. nie! tego nie powiem.

to: ach!

Sąsiadka: ale jak ona ma później gadać! a gada! że ja powiedziałam, że ona, że ja, że jemu, a ona, bo oni, ale przez niego i do mnie! aj…

to: no tak.

Sąsiadka: a na imieniny to ją zaprosiłam i nie przyszła, to co ja mam do niej chodzić, a?!

to: hm.

Sąsiadka: pokłócić, to się nie pokłóciłam, ale więcej tam moja noga nie postanie!

to: ojej.

Sąsiadka: no. to trzymaj się.

to: ty też.

 

*nasza wieś podzielona jest szosą (“moja głowa murem podzielona”). są oni, z tamtej strony i my, z tej strony. jest górna wieś (ze sklepem) i dolna wieś (nasza). to jak centrum i prowincja, a my dolni jesteśmy prowincjonalni.

Opublikowano gumiaki | 4 komentarzy

musztarda

podjęłam próbę samodzielnego spreparowania musztardy. przepis jest wypadkową receptur znalezionych w Sieci.

50 gr białej gorczycy

75 ml octu

olej z pestek winogron

sól

pieprz

ziele angielskie

gorczycę zmieliłam w młynku do kawy, zalałam octem i wymieszałam. przyrządziłam dwa warianty: z octem winnym i octem spirytusowym. wariant drugi chyba ostrzejszy. powstałą paćkę zamknęłam w słoiku i odstawiłam na noc. następnego dnia dodałam olej (kilka łyżek, żeby uzyskać odpowiednią konsystencję), sól, pieprz i szczyptę zmielonego ziela angielskiego. teraz to ma stać w lodówce kilka (niektórzy piszą, że nawet 14) dni.

musztarda wyszła bardzo ostra, a ponoć będzie ostrzejszą z czasem.

(musztarda wściekle ostra z dedykacją dla F.)

dodam jeszcze, że w robieniu musztardy jest coś smutnego, a może to przez młynek do kawy?

Opublikowano dziś na obiad, F, kulinaria | 1 komentarz